Protektorzy

Dziennik Fira: 10 Mawag 1509

Wielka przygoda, na jakiś czas, dobiegła końca. Pomimo, że dla mnie zakończyła się tragiczną i niewybaczalną porażką, która będzie mnie prześladować we snach jeszcze przez wile lat. Za to nic nieświadomi mieszkańcy, zarówno Kaeru i miasta, uznali nas za swoich bohaterów, nadali nam tytuł Protektorów Ardanyan i podarowali piękną posiadłość. Dzięki doświadczeniu nabytemu podczas przygód, z pomocą mistrzyni Jondy, mogłem awansować na trzeci krąg mojej dyscypliny. I na tym kończyło się moje obcowanie w mieście przez ostatni miesiąc. Wolałem przebywać w towarzystwie natury, oddychać pełną piersią na otwartej przestrzeni górskich stoków i cieszyć się wolnością. Samotne wędrówki przyniosły wiele korzyści: poznałem świat powierzchni, przybywanie z samym sobą pozwoliło mi choć trochę rozgrzeszyć się z przelania krwi matki, a także poznać piękną Mirandę. Ludzka Władczyni zwierząt zrezygnowała z cywilizacji i zamieszkała w szałasie wśród zwierząt. To ona zaraziła mnie pasją do ich poznawania oraz nauczyła kilku przydatnych umiejętności.

Po miesiącu wraz z Kelronem postanowiliśmy poszukać jakiegoś płatnego zajęcia. Denaros nie mógł dołączyć, ponieważ zajął się przenoszeniem kuźni swojego ojca na powierzchnie, albo czymś podobnym.

Naszym pierwszym zleceniodawcą okazał się krasnolud Darron, zajmujący się handlem tego co można znaleźć w rzece. Za sowitą zapłatą zlecił nam zbadanie sytuacji w jego rodzimej wiosce Lang, z której nie otrzymał od dawna odpowiedzi , oraz na drodze, na której zaginęli jego ostatni kurierzy.

Następnego dnia z portu odpłynęliśmy na wątpliwej łodzi K’sara będącej pod rozkazami kapitan Sianndry. Podczas rejsu marynarze oferowali nam wiele rozrywek jak choćby rzucanie sztyletami. Od rozdroży koryt dalszą drogę musieliśmy pokonać sami kajakiem.
Pozorny porcik okazał się zaniedbany. Po ukryciu lodzi ruszyliśmy szlakiem w głąb dżungli. Po drodze natrafiliśmy ciała człowieka i krasnoluda z przepalonymi zbrojami na piersi i skrzynką z pieniędzmi. Los kurierów był nam już znany, ale co działo siew wiosce? Oględziny zwłok przerwał nam atak dwóch jaszczurów, które swymi błyskawicami prawie wykończyły Kelrona. W biegu dotarliśmy do wioski i skryliśmy się w jednej ze zniszczonych chat. Gdy niebezpieczeństwo minęło, postanowiliśmy zbadać wioskę. Nie było w niej nic poza rozrzuconymi ciałami i zniszczonymi budynkami.

Szybko przekonaliśmy się, że ciała wcale nie są martwe, a tym bardziej przyjaźnie nastawione. Rozgorzała walka. Siedem trupów przyparło nas do muru centralnego budynku. W powietrzu nie było słychać nic poza warkotem żywotrupów, świstem strzał i sykiem tnącego miecza. Z potyczki wyszliśmy cało, ale hałas przywołał waleczne jaszczury.

Byliśmy bliscy pokonania bestii, gdy jedna z moich płonąco-rozrywających strzał rozerwała bok większego jaszczura, przy okazji powalając go. W odwecie jaszczur ochłostał mnie swoją błyskawicą tak, że straciłem przytomność.

Ocucony po wszystkim przez Kelrona zobaczyłem, że nie jest sam. Za nim stała młoda elfka o błękitnych włosach. I nie byłoby w tym nic dziwnego, że dziki elf postanawia się zlitować nad naszym losem, ale dzikie elfy nie noszą bogatych szat. Nie było czasu na rozmowy i wyjaśnienia, bo znikąd pojawiła się banda Obsydian.

Niewiele udało mi się zdziałać, bo nie doszedłem do siebie po ostatnim ataku, a pierwszy cios Obsydianina odebrał mi przytomność.

Odzyskawszy świadomość zorientowałem się, że uratowała nas znów tajemnicza elfka. Dalsze wydarzenia przebiegły szybko, bo okazało się, że w budynku za nami ukrywali się ocalali mieszkańcy. Przywódczyni wioski, Jarra, wyjaśniła nam powód ich odcięcia od świata.

Następnego dnia zdecydowaliśmy się we trojkę wrócić do Ardanyan i wezwać posiłki. Sam rejs kajakiem przysporzył nam wiele kłopotów, jak choćby atak Wywern czy zgubienie wioseł. A co ważniejsze we wskazanym miejscu, o umówionej porze, nie pojawiła się K’sara. Jej opóźnienie wynikało z ataku piratów. Z położenia w jakim się wówczas znaleźliśmy jedynym wyjściem było dostanie ię na jeden ze statków i przechylenie szali zwycięstwa na stronę naszych transportowców. Kelron jako pierwszy chwycił linę zwisającą ze statku piratów.

Realizację tego pomysłu przypłacił niejednym siniakiem zdobytym podczas obijania się o burtę. Niewiele brakowało, aby stracił życie, ale kula armatnia przebiła się przez statek tuż obok niego. W tym czasie prąd zaczął znosić nasz kajak. Jakimś cudem udało nam się wyłowić wiosła i dogonić statki. Kelron był już na pokładzie. Toruviel wdrapała się na piracki statek, a ja tuż za nią wcześniej przywiązawszy liną kajak do okrętu. Kelron kończył męki ostatniego pirata na ich pokładzie i już przeskakiwał na K’sarę, gdy ja w przypływie impulsu w pełnym biegu mieczem połamałem bosaki kotwiące obie łodzie. Wszystko z obawy wynikającej z nieznajomości wód rzeki i strachu przed wpadnięciem na skały. Toruviel spanikowana przez moje zachowanie niczym żeglarz czystej krwi przeleciała na linie z jednego pokładu na drugi. Sam w ostatniej chwili przeskoczyłem na poręcz K’sary i tylko kątem oka zobaczyłem jak piracki okręt z naszym kajakiem oraz całym ekwipunkiem oddala się wraz z nurtem. Zła decyzja. Ale nie miałem czasu na zmartwienia, bo przede mną toczyła się prawdziwa walka. Marynarze K’sary dzielnie odpierali ataki piratów. W zgiełku zobaczyłem kapitan Siannndrę walczącą z dwoma natrętami na raz. Magicznie płonąca strzała ochoczo pomknęła jej na ratunek , raniąc i przy okazji podpalając jednego z jej przeciwników. Dalszy dobór celów był bardziej przypadkowy, niemniej co najmniej dwóch padło od moich strzał. Nasza odsiecz niemal momentalnie zakończyła abordaż. Po krótkich wyjaśnieniach, pani kapitan nam podziękowała i wysłała swych marynarzy po nasz utracony ekwipunek.

Powrót do Ardanyan był szybki i bezproblemowy. W porcie czekał już na nas Darron. Wyjaśniliśmy mu sytuację i oddaliśmy zabrną kurierom skrzynkę. W trakcie rozmowy okazało się że Toruviel została wysłana za nami jako zabezpieczenie interesów Darrona.
Z myślą, że w końcu złapiemy upragniony oddech udaliśmy się do naszej rezydencji. Jak się okazało to nie był koniec wrażeń tego dnia. Po otworzeniu drzwi wejściowych usłyszeliśmy huki i krzyki na piętrze. Cym prędzej pobiegliśmy do sypialni Klerona, gdzie zastaliśmy rannego w brzuch Titoo i cień wymykający się przez wybite okno. Odrzucone wspomnienia powróciły, gdy z ust Titoo wydobyło się jedno słowo – „Krzyż”…

Comments

Kosmit

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.