Protektorzy

Dziennik Fira: 29 Mawag 1509

Kolejna przygoda dobiegła końca i niewiele brakowało by dokonała się kolejna tragedia w naszym otoczeniu. Wyrwawszy Titoo z rąk ogarniającej go nieświadomości, spowodowanej zbyt dużą utratą krwi, zdołaliśmy się dowiedzieć, że Leldrin wciąż kryje się wśród cieni za naszymi plecami. Niepokojąca była również widomość, że napastnik wspomniał o niebieskowłosej elfce…

Toruviel!

Nie było czasu na myślenie. Szaleńczym biegiem rzuciliśmy się do jej domu. Zamek w drzwiach był wyłamany. Zbrodniarze byli już w środku. Bez zastanowienia weszliśmy do budynku. Ciemność. Niewiarygodna cisza. Wtem sztylet zadźwięczał koło mojego ucha i zabierając ze sobą pół moich włosów wbił się w ścianę. Na szczycie schodów rozbłysło światło lampy. Strzała na moim łuku była już gotowa by zasmakować krwi z twarzy napastnika, ale elfie zmysły były szybsze. Była to Toruviel, równie gotowa do kolejnego rzutu. Gdy już wszyscy się rozpoznaliśmy, z jej ust dobyło się pełne pretensji „Co to wszystko ma znaczyć?”. Podążając za jej wzrokiem dojrzałem dwa martwe ciała. Kłopoty zniknęły. Przyszedł czas na wyjaśnienia. Toruviel poznała całą prawdę o naszych ostatnich dniach w kaerze i pierwszych poza nim. Z jej strony została wymuszona na nas utylizacja zwłok, które wystarczająco zabrudziły jej podłogę i przede wszystkim dywan. Przy ciałach Kelron znalazł therańskie monety i rupiecie wskazujące na to, ze poza zabijaniem trudzili się handlem bronią…

Przyszedł czas na upragniony odpoczynek. Postanowiłem wykorzystać go aktywnie. Trenowałem i chodziłem do lasu na kolejne nauki od Mirandy…

Przy pierwszym spotkaniu z Darronem okazało się, że krasnolud ma dla naszej trójki kolejne zadanie, kolejna dostawę i kolejne odwiedziny w nawiedzionej wiosce. Dni zaczęły nam się dłużyć z braku konkretnych zajęć, więc postanowiliśmy przyjąć zlecenie.

Szybkie zakupy przed podróżą i owocny zakup strzał rozpryskowych spod lady kupca szybko przybliżyły nas ranka następnego dnia i podróży na dobrze znanym pokładzie K’sary. Podróż była szybka i pełna rozrywek. Nawet nie spostrzegliśmy się gdy szalupą dopłynęliśmy do odmienionej plaży na której pracowali mieszkańcy wioski.

Wioska była nie do poznania. Chatki i palisada wyrosły jak grzyby po deszczu. Ale co mają Zrobić ludzie mieszkający w dżungli? Działać szybko by przetrwać. Niezwłocznie wywiązaliśmy się z przekazania złota i zostaliśmy zaproszeni na ucztę. Zaoferowano nam również nocleg. Ale najciekawsze z tego wszystkiego okazały się wzmianki o nowych zwyczajach mieszkańców. Odnosiły się do palenia ciał zmarłych, które bez tego zamieniały się w żywe trupy.

Przyjemnie było poczuć wdzięczność jaką okazywali nam mieszkańcy. I wydawało się, że przynajmniej tu kłopoty nas nie dosięgną. Do czasu. Kelron zniknął tego wieczoru i nie wydawało się by gustował w mieszkankach. Na jego szczęście szybko się zorientowaliśmy i dobywszy broni udaliśmy się jego śladem. I to co tam zastaliśmy było dość przerażające. Naga. Obślizgłe cielsko węża z nagim korpusem i łysa głową kobiety pochylało się na Kelronem leżącym wśród liści i kości niemo oczekującym na przyszłe chwile uniesienia. To wymagało naszej natychmiastowej interwencji. Rozdzieliliśmy się z Toruviel, która zdecydowała się zajść maszkarę z boku. Ja wybrałem bardziej bezpośrednią pozycję i przyklęknąłem przy drzewie którego konary wygięły się na kształt portalu. Idealna pozycja, tuż za plecami Nagi. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie suche gałązki, które zatrzeszczały w sprzeciwie gdy na nie stanąłem. To wywołało błyskawiczną reakcję niedoszłej kochanki Kelrona. Zamarłem w bezruchu. Patrzyłem prosto w oczy maszkary, bez najmniejszego mrugnięcia. Delikatne drgnięcie mogłoby doprowadzić do mojej śmierci… Gdyby nie Toruviel, która wykorzystała sytuację i rzuciła swym niezawodnym sztyletem w plecy Nagi. To jej nie zabiło, ale zmusiło do rzucenia się w stronę, z której nadszedł atak. I w tym momencie zesłała na siebie moja zagładę. Strzała czekała zbyt długo, ale możliwość zanurzenia się w ciele maszkary zrekompensowała wszystko. Zerwała połączenie kręgosłupa z czaszką i przeciskając się przez jej wnętrze wysunęła swój grot z czoła potwora.

Jej pobyt tak blisko wioski okazał się być układem zawartym z wieśniakami pożądającymi takich egzotycznych doznań.

Po męczącej nocy zarządczyni wioski powiedziała nam, że ich problemy mogą mieć związek z położonym nieopodal wioski żywogłazem. Postanowiliśmy to zbadać.
Wyruszyliśmy przed południem, z nadzieja, że do celu podróży dotrzemy przed zachodem słońca, przed nastaniem pory aktywności oszalałych obsydian. Wraz z Toruviel i Kelronem wolno przedzieraliśmy się przez zarośla dżungli, niejednokrotnie napotykając ślady kamiennej rasy. Ale zauważalna była również coraz mocniej doskwierająca cisza i brak żywej duszy w okolicy. Wkrótce dane nam było przekonać się, co jest tego powodem.

Dotarcie do żywogłazu przed zachodem okazało się jeszcze bardziej niemożliwe niż przypuszczaliśmy i to nas przerażało. Byliśmy skazani na spędzenie nocy, a przynajmniej jej części, w dżungli. Szybko przekonaliśmy się, że ta noc nie zapowiada się na spokojną i co ważniejsze, normalną. Nim zaszło słońce, drzewa zaczęły pogrążać się w nieprzeniknionej mgle, tak jak my. Musieliśmy błądzić po omacku. Szybko zorientowaliśmy się, że nie jesteśmy już w dżungli, a trafiliśmy na bagna. Dla bezpieczeństwa przewiązaliśmy między sobą linę i krok po kroku, z bronią w ręku, posuwaliśmy się w nieznanym kierunku.

Nagle cos złapało Toruviel za nogę. Elfka wyrwała się, ale przy okazji straciła buta. Cały czas mieliśmy wrażenie, że ktoś nas obserwuje. Nie było czasu i możliwości na działanie. Każde przerzedzenie mgły dawało możliwość przyspieszenie kroku, ale jednocześnie informowało o nieubłaganie zbliżającym się zachodzie.

Minęło wiele czasu, a my tkwiliśmy w martwym punkcie. Gdy zaszło słońce, bagna dosłownie ożyły. Błotniste istoty powstawały z wody, tylko po to by nas zaatakować. Ostrza i strzały zostały wprawione w ruch. Ale nasze wysiłki były bezcelowe, bo im więcej ciosów padało, tym więcej potworów pojawiało się w zasięgu naszego wzroku. I wtedy pojawiła się nadzieja. Moja strzała kierunku. Ale potrzebny był przedmiot, który zaprowadziłby nas do żywogłazu. Kamienny sztylet! Magia zadziałała i wydawało się, że jesteśmy ocaleni. Nie zwracając uwagi na nic, rzuciliśmy się we wskazanym kierunku.

Doprowadziło nas na odsłonięty teren z jednym pagórkiem. Zajęliśmy go jako dogodna pozycję do odpierania ataków. By zwiększyć naszą skuteczność użyliśmy razem z Toruviel ognia. I okazało się to świetnym rozwiązaniem. Trafiony bagniak padał niemal natychmiast. Ale wiedziałem dobrze, że nawet przy największym szczęściu nie dotrwamy do rana. Musiało istnieć jakieś wyjście. I istniało. Kolejna strzała kierunku. Naciągając cięciwę czułem wszechogarniającą mnie energię, a gdy strzała wybuchła w powietrzu, wyglądało to jakby ktoś wysadził nad nami magazyn prochu. Jej resztki ułożyły się w cienką płonącą linie, wystarczająco by odstraszyć potwory, prowadzącą w nieznane. Widząc w niej jedyna nadzieję ruszyliśmy jej śladem. Doprowadziło nas to do upragnionego celu. Przed nami górowały majestatyczne wrota do wnętrza żywogłazu. Przed zbadaniem wnętrza postanowiliśmy spędzić noc na jego progu, pilnując się na zmiany.

Comments

Kosmit

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.