Protektorzy

Dziennik Toru: 10 Mawag 1509

Mawag 1509 TH

Tech!
Przez rok było spokojnie. Tak spokojnie, po prawdzie, że każdy cokolwiek bardziej przewidujący Dawca powinien był zorientować się, że już długo ten spokój utrzymać się nie może.
Ale nie ja, zbyt odrętwiała momentami, by zauważać jak dzień zamienia się z nocą.
Jest wiele elfickich pieśni, które traktują o ulotności pokoju.
Eigean evelienn deireadh , Que’n esse, va en esseat… I tak dalej.
Powinnam była poczuć, że coś jest nie tak już za pierwszym razem, gdy Titoo wpakował się radośnie wprost do miejskiego lochu.
Cokolwiek by mówić o tym nierozważnym ochlapusie, zwykle ma wystarczająco dużo zdrowego rozsądku, by nie dać się złapać na złodziejstwie. Fakt, że przyłapano go na kradzieży cholernego jabłka tylko pogłębił uczucie kompletnej bezsilności wobec tego człowieka.
Makkaherenit-ha!
W przypływie wielkoduszności wyciągnęłam go stamtąd, nagradzając karczemną awanturą wkrótce potem.
Oczywiście, czemu miałby się tym przejąć.
Gdy już wkrótce ponownie postanowił popodziwiać od wewnątrz unikatową podmurówkę Kwatery Straży, nawet niespecjalnie się tym przejęłam wiedząc, że jako adept, jakkolwiek niskiego kręgu, oraz podstępny krętacz na szubienicy prędko nie skończy, a w najgorszym razie spędzi parę upojnych nocy w nowym otoczeniu, zaś prędzej czy później pomoże mu jego równie rozgarnięty nowy kumpel z karczmy. Gdy tylko będzie w stanie znów chodzić prosto, oczywiście, oraz gdy wreszcie do niego dotrze, że stojące obok krzesło nie odpowiada, jak by sobie tego życzył.
Los zechciał, że w tymże czasie dziecinne wybryki Titoo zbiegły się z handlowymi problemami na rynku Ardanyan. Komuś skradziono cenny przedmiot; komuś zaginęła w drodze cała dostawa zbioru najróżniejszych towarów, od sukien po strzały; ktoś w dziwnych okolicznościach bezpowrotnie zaginął. Każdego dnia dostawy z drżącym sercem oczekiwałam nadpływających statków obawiając się, że następnym razem to ja mogę paść ofiarą niespokojnych wydarzeń – a Pasje mi świadkami, że utrata całego transportu – bezpowrotnie – wiązałaby się z całą masą niedogodności; jednak Chorrolis miał chyba nade mną pieczę.
W niespełna dwa tygodnie od tego czasu do góry nogami wywrócono całe dumnie wzrastające Ardanyan, gdy grupka paru aroganckich młodzików odkryła spisek przeciwko pobliskiemu, jak się okazało wciąż zamkniętemu, kaerowi Ardanyan, na dobre przepędzając z miasta całą Radę i sprowadzając na rynek ciężkie czasy stabilizacji po szokującym odkryciu.
Oczywiście, nie można odmówić temu czynowi bohaterstwa i wagi; tysiące Dawców Imion trwało wciąż pod ziemią w nieświadomości, nie licząc nawet na to, iż za swego życia uda im się ujrzeć błękit nieba, gdy tymczasem zasoby kaeru były podstępnie wykorzystywane do rozwoju miasta. Nie można też jednak odmówić pewnego rozmachu i przebiegłej precyzji planowi Rady, utrzymującej przeszło trzy tysiące istot w kompletnej niewiedzy przez ponad sto lat.
Zawrzało na arenie politycznej rosnącego w siłę miasta handlowego; w przeciągu zaledwie paru dni do miasta napłynęły tysiące nieposiadających dachu nad głową osadników, zależnych od nowej, na szybko zorganizowanej, kalekiej wciąż i słabej władzy opartej zali i tylko na autorytecie Mistrzów.
Nawet fakt, iż krasnoludy w znacznej większości pozostały w swych domostwach wewnątrz kaeru, oraz iż wielu z wyżej wspomnianych osadników musiało powrócić tam za ich śladem nie zastawszy dla siebie dość miejsca na powierzchni, czasy stały się jeszcze bardziej niespokojne.
Choć przybysze z podziemi chętnie i tłumnie przybywali na targ oglądać wyroby z różnych zakątków krainy, pojawiło się też całe mnóstwo nowych handlarzy z kaeru, walczących o swoje miejsce w dotąd ustabilizowanej warstwie kupieckiej miasta, wzbudzając liczne animozje. Nie pomagał fakt, iż w okresie politycznego osłabienia i nagłego braku zarówno miejsc do zamieszkania, jak i miejsc pracy, wielu Dawców zapomniało o sprawie tak trywialnej i kosztownej, jak nabywanie dóbr, które nie są im konieczne do przeżycia.
Bardziej niż kiedykolwiek zaczęła się liczyć każda sprzedana bela materiału, każda sprzedana szata, każda wierna klientka.
Tymczasem, gdy normalni ludzie starali się utrzymać swoje małe światki na dwóch stabilnych nogach, czująca przypływ hojności nowa Rada podarowała bohaterom ogromną willę w Landside z kompletem tytułów i niemal boskim immunitetem. Mówiono, iż przez wiele dni jeszcze ludzie pielgrzymowali pod ów dom z wyrazami wdzięczności, składając im podarunki najróżniejszej maści, podżegając jedynie moje własne i podzielane przez wielu znanych mi ludzi uczucia niechęci do wyraźnie zarozumiałych, zbyt pewnych siebie młodych bohaterów.
Jesteśmy im winni wdzięczność, jednakże nadal pobrzmiewające i silne echa pierwszego kryzysu nie pozwalają nam na optymizm.

Kolejne tygodnie od owego dość nieszczęsnego wydarzenia moje szczęście mnie opuściło.
Dostawa unikatowych muszli – bardzo cennych muszli – opóźniała się sprawiając, że zmartwienie naprawdę dało mi się we znaki.
Za pierwszą wizytą Darron wzruszył jedynie ramionami z bezsilnością; było zbyt wcześnie, by móc rokować o przyszłości owej dostawy. Przy kolejnych odwiedzinach zostałam już uraczona całą historią nieszczęścia handlarza. Przepadli dostawcy listów i zapłaty dla rodzinnej wioski krasnoluda, który bardzo wyraźnie podejrzewał, iż zwyczajnie uciekli; zmartwienie pogłębiało zmarszczki na jego poczciwej twarzy. Opierając się na lśniącej ladzie wyznał, iż statek regularnie pływający tamtą trasą, skądinąd kojarzona przeze mnie K’sara, nie doznał żadnego uszczerbku – nie była to więc sprawka piratów. Dostawca po prostu nigdy nie pojawił się w stałym punkcie rzeki, tak jak i drużyna wioząca zapłatę nie stawiła się w umówionym miejscu.
Nieco niechętnie wyznał też, że postanowił wynająć kolejną dwójkę by odkryli, co stało się z jego pieniędzmi i dostawą, lecz nie wdawał się w szczegóły. Przyznał, iż zatrudnił ich wiedząc, że mają dobrą opinię w okolicy, jednak na przekonanego nie wyglądał. Po wewnętrznej walce z własnymi myślami wreszcie zdradził, iż mimo krążących opinii nie jest pewien zdolności wynajętych mężczyzn; szczególnie jeden z nich zdawał się być niezbyt… profesjonalny. Wzbudziło to w nim nieco spóźnioną falę podejrzeń i dołożyło zmartwień na i tak już obciążone barki; nie był pewien, z której strony oczekiwać kolejnego ciosu.
Jego spojrzenie mówiło wszystko, co mogłam chcieć wiedzieć – choć wyraźnie nie chciał prosić o pomoc wiedząc, że nie może sobie pozwolić na dalsze szastanie pieniędzmi, nadzieja tliła się w nim, podżegana widzą o tym, jak ważne są dla Ojca te muszle i jak dobrze potrafię sobie radzić z działaniem w ukryciu.
Było więc w moim interesie ‘dopomóc’ tej drużynie; co więcej, kolejnych towarów z Urupy mogłam spodziewać się najwcześniej za tydzień i nawet, gdybym jakimś cudem nie zdążyła wrócić na czas, wystarczyło poinformować Omasu, że będę potrzebować jego pomocy.
Niańczenie nieudolnych adeptów nie jest moim ulubionym zajęciem w wolnej chwili, jednak fakt, iż K’sara jeszcze nie wyruszyła, dał radę mnie przekonać.
W końcu to tylko pół dnia drogi, a Darron wyglądał na wniebowziętego.
Po krótkiej rozmowie z Kapitan Sianndrą usadowiłam się pod pokładem, nasłuchując. Jak się okazało, Darron miał na swych usługach nikogo innego, jak tylko dwóch z trójki osławionych Protektorów Ardanyan. Mimowolnie ta nazwa wywołuje grymas na mojej twarzy.
Nie było trudno ich śledzić. Załatwienie dodatkowej łodzi nie stanowiło najmniejszego problemu, a mimo względnej ostrożności należącego do drużyny elfa po śladach człowieka iść było nadzwyczaj łatwo. Mimo to zachowałam wyjątkową ostrożność wiedząc, że elf także jest łucznikiem i jeśli faktycznie jest tak dobry, jak mawiają, jego percepcja nie powinna go zawieść. Martwe ciała kurierów nieopodal ‘przystani’ nie napawały optymizmem, tak jak i martwi wieśniacy kawałek dalej, nie zanosiło się jednak na to, by ci Protektorzy mieli uciekać lub rezygnować z misji, toteż miałam pewne powody do zadowolenia. Sukces, nawet tak nieznaczny w skali miasta, mógł im się tylko przysłużyć, jak sądzę. Dzięki Pasjom, że wykazali się sprawnością – w przeciwnym wypadku mogliby nie uciec jaszczurom błyskawic, które nagle wypełzły z lasu.
Choć oglądanie tego było niejako zabawne, cieszyłam się, że w swej bohaterskiej brawurze nie zdecydowali się na walkę, podczas której niechybnie potrzebowaliby pomocy.
Naprawdę nieciekawie zrobiło się dopiero w samej wiosce.
To, co zastaliśmy na polanie, można nazwać jedynie pobojowiskiem. Domy były zniszczone, nadpalone, a co najdziwniejsze i najbardziej niepokojące – opustoszałe. Elf i człowiek ostrożnie weszli między budynki; pozostało mi obserwować z daleka, trzymając się osłony drzew dopóki moja pomoc nie będzie konieczna. Stąpali wolno i ostrożnie, a widok ciał ich też chyba nie napawał zbytnim zachwytem.
Nie dane im było zejść wioski w spokoju, gdyż już chwilę później przy akompaniamencie przyprawiających o odruch wymiotny dźwięków spomiędzy chat wypełzły żywotrupy. W swoim mozole nie stanowiły ogromnego wyzwania, ich obecność była jednak niepokojąca – a ponadto nie były jedyną przeszkodą. Już wkrótce spomiędzy drzew dał się słyszeć charakterystyczny syk i oczywistym stało się, że jaszczury podążyły tropem nieostrożnych ‘bohaterów’. Nieświadomi niemal do ostatniej chwili, próbowali walczyć ze stworzeniami, lecz szybciej, niż można powiedzieć ‘Astendar’, elf został trafiony błyskawicą i padł na murawę ranny i sparaliżowany. Oto i cena za nieostrożność.
To był, niestety, najwyższy czas na interwencję celnego sztyletu.
Tak celnego i szybkiego, że w pierwszej chwili przytomny człowiek nie zorientował się nawet, co się stało.
Gdy pierwsza z mych broni dosięgnęła jaszczura, walka potoczyła się już szybko i oba stworzenia padły bez życia na ziemię. Nie zwracając uwagi na cucącego elfiego towarzysza człowieka co prędzej wycięłam jaszczurom cenne oczy. Jeden z nich był młody, lecz i tak były sporo warte – teraz każdy zarobek mógł się przydać.
Nadszedł nieuchronny czas wyjaśnień, który na szczęście nie trwał długo – został dość brutalnie przerwany, gdy do wioski krokiem dość powolnym, lecz przerażająco stanowczym ze wszystkich stron zaczęła zbliżać się grupa najdziwniejszych obsydian, jakich w życiu zdarzyło mi się widzieć. Skóra ich była czarna, niemal pochłaniająca całe światło, a przez nią mimo wszelkiemu prawdopodobieństwu połyskiwały szkarłatne jak rubin żyły. Ten sam kolor miały też ich błyszczące, wypełnione agresją oczy.
Niewiele myśląc udałam się tam, gdzie od zawsze byłam najbezpieczniejsza – na dach.
Okazało się to bardzo opłacalnym ruchem, jak w większości przypadków.
Podczas, gdy oni przepychali się z ogromnymi, rozwścieczonymi przeciwnikami na ziemi, ja z poziomu dachu ze spokojem wybierałam tylko kolejne cele. Ta walka była dużo bardziej wyczerpująca i niepokojąca – po pierwsze dlatego, że obsydianie byli niesamowicie silni, po drugie zaś dlatego, że z zasady nie okazują przecież agresji. Wyglądali na mrocznych, na… opętanych. Szczęśliwie skończyłam walkę bez znacznych urazów; nie można było powiedzieć tego samego o tamtej dwójce, lecz cóż.
Muszę przyznać, że moje zachowanie wobec nich było protekcjonalne, ale nie bezpodstawne. Niezupełnie, w każdym razie. Gdyby nie moja obecność, jak by nie patrzeć dość przypadkowa, byliby tylko kolejną martwą grupą zwiadowców. Ot i bohaterowie.
Oczywistym było, że po tych pojedynkach nawet ja mam dość na chwilę bieżącą, toteż wydobywający się spod centralnej chaty dziwny dym wszyscy przyjęliśmy ze zgrozą i niedowierzaniem. Dzięki Pasjom nasze wahania zostały szybko rozwianie, gdy z ukrytego wejścia do podziemi chaty wyłonili się żywi i w dobrej formie pozostali wieśniacy z Lang, razem ze Starszą Jorrą.
Wyraźna ulga zagościła na ich twarzach i w sercach gdy zrozumieli, że udało nam się pokonać żywotrupy i obsydian, jednak rozmowa z Jorrą nie rozwiała ani trochę wątpliwości dotyczącej niezwykłej sytuacji. Fechtmistrz nie wydał się przesadnie przejęty tą anomalią – po prawdzie, bardzo chętnie podjął sugestię Jorry, że gdy tylko uda się uprzątnąć nieco wioskę, zostanie przygotowana uczta i dostaniemy możliwość noclegu i nie zdawało się go frapować nic innego. Obaj mężczyźni z najwyższym zaciekawieniem przyjęli informację, że około pół dnia drogi od Lang znajduje się żywogłaz, który jednak był zamknięty na czas Pogromu, a atak obsydian nie był odizolowanym przypadkiem.
Niewiele mogąc zrobić w tym momencie, wzięliśmy udział w pożegnaniu i rankiem wyruszliśmy w podróż powrotną, uprzednio dostarczywszy Jorrze porzuconą przy trupach zapłatę, która nigdy nie dotarła.
Naiwnie sądziłam, że to chyba zbyt dużo wrażeń jak na jedną dobę, lecz gdy tylko wypłynęliśmy – a okazało się, że jedną z łódek poniósł prąd i musieliśmy we trójkę odpłynąć w jednej ciasnej łupinie – byliśmy zmuszeni odeprzeć atak Wyvern, które co prawda nie wyglądały na zbyt przekonane, że w ogóle chcą nas atakować, ale dały radę pozbawić nas wiosła. Jakby tego było mało, prąd zniósł nas dość daleko, a gdy zza zakrętu rzeki wypłynęła K’sara zaraz za nią podążył inny, dużo szybszy statek – i nie był to bynajmniej stary znajomy Sianndry. Bardzo szybko dotarło do nas, że K’sara została zaatakowana; w nieudolnej próbie pomocy udało nam się wystrzelić za burtę wrogiego statku jedną z lin, na której Kelron radośnie zaczął się obijać o burtę. Niestety, ten genialny plan miał zasadniczą wadę; gdy tylko Kelron zawisł na linie, łódź znowu zaczęło znosić z dala od pędzącego okrętu. Wystarczyło czasu tylko na wymianę jednego pełnego grozy spojrzenia z elfem Firavandelem, nim udało się nam odkryć i wystrzelić kolejną linę i dzięki nadzwyczajnej elfiej zwinności wskoczyć i wdrapać się na pokład statku. Kelron tymczasem mozolnie wtaszczył się na pokład.
To, co działo się potem, było istnym chaosem; choć razem z wprawionymi w bojach T’skrangami zyskaliśmy przewagę, ciężko było stwierdzić, przynajmniej w pierwszym odruchu, czy w ogóle celuje się w odpowiednią osobę, czy odcina się odpowiednie liny.
Należy tu nadmienić, iż Firavandel zasadniczo odciął liny złe.
Och, miał najlepsze intencje, ale nagle powtórzyła się smutna sytuacja z łodzi, kiedy to Kelron dyndał sobie jak ozdoba w Dniu Wyjścia, podczas gdy my odpływaliśmy z prądem. Liny abordażowe odcięte wyuczonymi, acz nieprzemyślanymi ruchami oddaliły oba statki od siebie w mgnieniu oka. Jakimś cudem niezdarny człowiek był już po drugiej stronie, podczas gdy my znów desperacko skakaliśmy z burty na burtę.
Nie jest więc niczym zaskakującym, że po dotarciu do domu i odprawie u zachwyconego Darrona zależało mi jedynie na dwóch rzeczach – pozbyciu się Protektorów i znalezieniu we własnym łóżku. Postanowiłam udać się do domu powolnym spacerem, napawając się ciepłym wieczorem, zmerzchającym słońcem i delikatnym wiatrem, które nieco koiły zmęczenie. Im bliżej budynku, który nauczyłam się nazywać domem niosły mnie nogi, tym przyjemniejsze uczucie rozwijało się we mnie na myśl o kąpieli i śnie. Ulice były coraz spokojniejsze, latarnie metodycznie zapalane, okiennice zamykane.
A jednak…
Jednak coś nie było w porządku.
I od momentu w którym w oddali ukazała się sylwetka domu, nieco cofnięta względem pierzei jasna fasada, coraz bardziej byłam przekonana, że muszę się mieć na baczności. Niewiele myśląc znów znalazłam drogę na pobliskie dachy ani myśląc o zignorowaniu przeczucia, podkradając się krok po kroku do mojego domostwa. Ślady przed wejściem, zatarte i prawie niewidoczne, o dziwnych wzorach podeszw; wysoka, zaniedbana od jakiegoś czasu trawa wydeptana nieopatrznie w jednym lub dwóch miejscach ogrodu; wreszcie dość wyraźny ślad pozostawiony na dachówkach w okolicy lukarny – wszystko tylko potwierdzało przeczucia. Ktokolwiek zechciał włamać się do mojego domu najwyraźniej nie był świadom, że co jak co, ale dach swojego domostwa znam na pamięć i potrafiłabym zauważyć choćby jedną przesuniętą dachówkę.
Z pewnym żalem przyznaję, że walka nie była równa – było ich tylko dwóch i nie byli nawet elfami. Lecz abym nie zachwyciła się zbytnio łatwym zwycięstwem nad wrogami, jakkolwiek zastanawiało mnie, z jakiego tytułu mogłabym takowych mieć, zaskrzypiały drzwi wejściowe. Wiedziałam, że w środku przebywało tylko tych dwóch, a jednak ze swej pozycji na schodach doskonale słyszałam nadchodzących kolejnych wrogów, po skrzypieniu desek podłogowych poznając, gdzie stawiają kroki.
Co nastąpiło sekundy później pominę wielkodusznym milczeniem; dość powiedzieć, iż jeden z Protektorów skończył z obciętą połową imponującej grzywy, co swoją drogą zapewniło widok całkiem podnoszący na duchu, i żaden z nich szczęśliwie nie zginął. Dowiedziawszy się, że to z ich cholernego powodu na mój dywan wykrwawił się właśnie sprzymierzeniec Theran, jak można było sądzić po ukrytej w kieszeniach walucie, postarałam się, by wiedzieli dokładnie, co o tym myślałam w tamtej chwili.
A wtedy jak i teraz myślę, że boleśnie żałuję spotkania ich na swojej drodze.
Nie trudno też odgadnąć, że tej nocy mój sen nie był błogi, szczególnie zważając, iż kompletnie wbrew swej woli spędziłam noc w rzekomo bezpieczniejszej willi ‘bohaterów’.

Comments

Kosmit

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.