Protektorzy

Dziennik Toru: 29 Mawag 1509

Ostatnią rzeczą, na którą mogłam mieć wczoraj siłę, była dokładka emocji w postaci majaczącego, rannego Titoo spędzającego czas w rezydencji łaskawych naszych wybawicieli. Po namyśle przypomniałam sobie, iż wspominał coś o nowych znajomkach, którym ostatnimi czasy pilnuje domu (i że było mi prawie żal tych gości, znając wybryki Titoo), ale przez myśl mi nie przeszło, że mogłoby dojść do takiego zbiegu okoliczności. Pijany w trzy rzycie i krwawiący, ponoć z rąk tych samych niebacznych zabójców, którzy chcieli dopaść i mnie, zupełnie zaprzepaścił moje nadzieje na dalsze spokojne życie.

Dziś, czym prędzej powróciwszy do domu (po uprzednim wyperswadowaniu tym… tym… bohaterom, że to oni mają zakopać zalegające w moim ogródku trupy, skoro to ich wina, że mnie napadnięto) pozbyłam się wszelkich śladów wczorajszego ataku, a w następnej kolejności przygotowałam na przeprawę z Omasu i nadrobienie zaległości w handlowej dokumentacji. Przede mną jeszcze wiele stron, a następne dni wróżą natłok pracy.

[handlowe notatki, imiona, listy towarów]
[parę dni później]

Zrządzeniem losu (nie do końca) pełen nowej energii Darron zlecił nam (NAM! Kiedy z ‘ja’ zrobiło się ‘my’?!) ponowną podróż do Lang z zapłatą za kolejną dostawę, z której, co istotne, nadal część należy się mnie.

Przed wyruszeniem udaliśmy się we trójkę na zakup potrzebnych nam na drogę rzeczy; było to tym bardziej istotne, iż brzydsze dwie trzecie naszej improwizowanej drużyny wyraźnie szykowały się na podróż w stronę żywogłazu, z którego mogli pochodzić atakujący uprzednio Dawcy. Nie mając własnych istotnych potrzeb, pozwoliłam sobie zająć się buszowaniem wśród błyskotek z nadzieją, że a nuż uda się coś utargować; cóż jednak można poradzić, gdy niektórzy znają mnie już zbyt dobrze. Tymczasem były kapitan Fir zainteresował się bronią na straganie tuż obok. Zauważyłam Kelrona stojącego na czatach i elfa znikającego z kupcem wewnątrz wozu; wnioskując, że jedna czujka wystarczy, cokolwiek planują, poświęciłam uwagę wiszącym u dachu straganu sznurom barwionych paciorków. Nie minęło parę chwil, jak Fir z uśmiechem kota, który właśnie pochłonął kanarka wyskoczył z wozu. Nie minęło wiele więcej, nim kupiec, który sprzedał mu ów tajemniczy towar (odłamkowe strzały, w wielu miastach będące towarem zakazanym!) został bezpardonowo pojmany przez Straż.

Żadne narzekanie nie było chyba w stanie do Firavandela dotrzeć. Ledwie udało nam się powstrzymać go przed ingerencją, ale nadal wyglądał jak cholerny kocur. Były kapitan, który prawie dał się aresztować.

Tech.

Wygląda za to bardzo zabawnie ze swoją awangardową fryzurą.

Pomijając moją niemijającą irytację, większa część tego dnia minęła dość spokojnie. Podróż statkiem przedstawiała sobą dokładnie to, czego można było się spodziewać (włączając miły przerywnik w postaci cierpiącego na chorobę morską Kelrona odzyskującego sztylet w trakcie zwisania z dziobu). Na mniej lub bardziej udanych (a raczej mniej fascynujących) skokach i rzutach upłynęło pół dnia potrzebne do dosięgnięcia wioski. Dzięki Garlen, tym razem żadne stworzenia nas nie zaatakowały.

Siedząc teraz w swojej prywatnej sypialni zaaranżowanej w wiosce dla każdego z nas i po całkiem przyjemnej wieczerzy przygotowanej przez mieszkańców z nadzwyczajnym entuzjazmem i ufnością przyznaję, że sporo się poprawiło w trakcie tak krótkiego czasu, jaki był tym wieśniakom dany na odbudowę wsi. Palisada została niemal w całości postawiona, pochówki odprawione a ciała spalone – by więcej nie powstawały jako nieumarli. Domy są starannie załatane a ludzie zdają się być szczęśliwi, że żyją.

Upewniwszy się, że w samej wiosce wszystko jest w największym porządku, podjęliśmy decyzję, by udać się do żywogłazu – w końcu nie jest to miejsce odległe, a zawsze są szanse na wyjaśnienie tych niepokojących ataków.
Wyruszamy rankiem.

Kilka dni później [pokład K’sary, powrót do Ardanyan]

Wyruszylibyśmy rankiem, gdyby nie ten przeklęty człowiek. To przez niego odebrano mi cenne godziny snu.

Tamtego dnia wyszłam na zewnątrz jeszcze tylko na chwilę – pooddychać wspaniałym, leśnym powietrzem. Było już ciemno i latarnie płonęły w całej wsi, podczas gdy ludzie nadal sprzątali po wieczerzy i bawili się przy ognisku.

Byłabym zawróciła i oddała się w objęcia snu bez najmniejszego wahania, gdyby nie przypadkowe spojrzenie w stronę lasu. Tam, co zauważyłam nie bez przerażenia, zmierzał nikt inny jak brawurowy Kelron. Wyciągnęłąm na zewnątrz Firavandela (który nadal nie ściął swojej grzywy porządnie, ha!) i razem ruszyliśmy jego tropem. W tym momencie nie było nam do śmiechu – to mogło oznaczać wyłącznie niebezpieczeństwo, a prześwitująca przez drzewa świetlista mara tylko upewniła nas w podejrzeniach. Z trudem przedzieraliśmy się przez zarośla, co i rusz gubiąc się z oczu i polegając głównie na słuchu i świetle księżyca, które powodowało, iż odległa mara, najwyraźniej wiodąca ogłupiałego fechtmistrza, jarzyła się świetliście. Te lasy nie zostały dokładnie przemierzone i próżno by szukać tu traktów czy choćby ścieżek; tylko tutejsi mieli prawo znać te tereny, co znacznie utrudniało pościg.

Po całych wiekach pogoni stanęła przed nami wielka, ogromna ściana liści i gałęzi, przez którą przebić się było niełatwo, jednak oboje w końcu przecisnęliśmy się na drugą stronę, każde na swój sposób – tylko po to, by ujrzeć coś dobrze mi z książek znanego, choć przez to ani trochę bardziej znośnego. Wielkie gniazdo usiane kośćmi i kosteczkami w różnym stopniu oczyszczenia i rozkładu z liściastym leżem pośrodku rozciągało się na kilka ładnych metrów; na wspomnianej roślinnej stercie w tej chwili właśnie w upiornym transie leżał Kelron. Nad nim pochylała się ohydna, lśniąca jak gadzia łuska łysa głowa Nagi, wzbudzająca mimowolny dreszcz obrzydzenia. Dzięki Pasjom, że stała do nas tyłem – w innym wypadku mogłabym być zdana na siebie.
O Firavandelu można mówić wiele i długo, grunt jednak, że w tamtej chwili udowodnił bardzo dobitnie, że strzelać potrafi perfekcyjnie i z mocą; z niechęcią przyznaję, iż ten śmiertelny strzał zdobył mój szacunek. Biedny Kelron nawet nie wiedział, co się stało; gdy rzeczywistość do niego dotarła, bynajmniej nie wyglądał na człowieka zachwyconego życiem.
Odcięta głowa posłużyła nam jako dowód przy rozmowie ze stróżującymi mężczyznami; co najgorsze jednak, nie wydawali się zdziwieni widokiem potwora, jedynie w pewnym stopniu zaniepokojeni. Nie chcąc słuchać tej rozmowy udałam się do swojej sypialni, by jak najszybciej spróbować odpocząć – niestety, sen nie przyszedł łatwo.

Nie dziwne więc, że gdy następnego ranka oni śniadali w domu Jorry, ja dopiero zaczynałam się niechętnie szykować i Kelron nie miał tu najmniejszego prawa do roszczeń ani uszczypliwości. Co, oczywiście, wcale go nie powstrzymało.

Wspomnienie podróży nadal wywołuje u mnie niemiły dreszcz. Na początku było po prostu nudno i męcząco – iść cały czas w duchocie utrzymanej przez okalający nas las w coraz bardziej rozmiękłym gruncie bez wyraźnych znaków, które mogłyby nas prowadzić, ale też i bez możliwości zboczenia z jedynego przebiegającego od wioski traktu. Kilka godzin później jednak zrobiło się podejrzanie, gdy gęsta mgła niemal niepostrzeżenie zasnuła drogę, a grunt pod nogami stopniowo stał się bagnem. Słońce powoli obniżało się na niebie, a my widzieliśmy coraz mniej; gdzieś po drodze zgubiłam but. Zbliżywszy się do siebie i związawszy liną, na wszelki wypadek, szliśmy dalej – tylko po to, by po godzinie (pół? dwóch?) wrócić w to samo miejsce – o czym poświadczył fakt, iż znalazłam swój but.

Wtedy, przyznaję, zaczęłam panikować. Wtedy też zaczęło się robić ciemno, dookoła zapadła kompletna cisza – nie było słychać już żadnych stworzeń – i znienacka zaatakowały nas bagienne potwory.

Przeprawa była ciężka i wykańczająca zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Przynajmniej raz przeszło mi przez myśl, że nie przeżyję tej drogi; potwory zbliżały się do nas nieustannie, raz zaś wciągnęły mnie pod powierzchnię bagna. Na szczęście, Pasje jednak czuwały nad nami; udało nam się rozpalić pochodnie – a jedyne, co mogło bagniaki odstraszyć, to ogień i światło. Dzięki ogromnemu szczęściu i wysiłkowi przy bieganiu od wysepki do wysepki udało nam się uniknąć osaczenia, a w końcu i pokonać błotniaki płonącymi strzałami zapalanymi od pochodni. Zwycięstwo było słodko-gorzkie; Byłam wdzięczna, że żyję, a jednak skąd moglibyśmy mieć pewność, że to koniec kłopotów, oraz że w drodze powrotnej (jeśli w ogóle będzie nam dane wrócić) sytuacja nie powtórzy się?

Ledwo żywi dotarliśmy tej nocy do żywogłazu, do Kryształowych Wrót. Górował nieco wyniośle nad pagórkowatym, skalistym krajobrazem przedgórza; z wnętrza nieprzeniknionego wejścia napływał chłodny, obezwładniający powiew. Wszystko tu wyglądało mrocznie i było nadzwyczaj cicho – tak cicho, jak bywa przed burzą; nie było już jednak mowy o odwrocie, tak jak nie mogło być mowy o penetrowaniu żywogłazu w tamtej chwili. Niechętnie ułożyliśmy się do noclegu przytuleni do jednej z zewnętrznych ścian, cały czas mając kogoś na warcie.

Koszmar miał się dopiero zacząć.
Nie byliśmy nawet w połowie tak wypoczęci, jak byśmy sobie tego życzyli, a jednak należało wypełnić zadanie, którego się podjęliśmy, wyruszając. Po krótkim porannym chaosie wkroczyliśmy ostrożnie wgłąb. Szczerze mówiąc nie pamiętam już, ile szliśmy, ani też kto szedł pierwszy; wydawało się jednak, że minęło całkiem sporo czasu, nim nagle cała skała zatrzęsła się w posadach. Nim mogliśmy się obejrzeć, kryształowy sufit zaczął rozsypywać się nad naszymi głowami; wszyscy rzuciliśmy się w pobliski boczny korytarz.
Straciłam przytomność.

Gdy ją odzyskałam, byłam ciągnięta na zaimprowizowanych noszach przez obsydianina idącego w dziwnej procesji, a po chwili dostrzegłam też, że Firavandel znajduje się w podobnej pozycji. Jeden z nich odezwał się do nas – wyjaśnił nam sytuację; przedstawił się jako Nabuchodonozor.
Kelron nie został odnaleziony, choć grupa poszukiwawcza wyruszyła, by odblokować korytarz i go odszukać. Mimo całej niechęci zrobiło mi się trochę ciężej na sercu.
Podróż błyszczącymi korytarzami trwała dość długo; podziwiałam bezmyślnie migoczące kryształy. Obsydianie świecili się równie intensywnie; nigdy nie widziałam takiej skóry. Nierówna powierzchnia podłoża nieco dawała się we znaki, lecz nim zdążyła mnie zirytować, dotarliśmy do ogromnej, wydrążonej w skale hali, gdzie była ona znacznie bardziej wygładzona. Pozwolono nam wstać, choć mrowiące kończyny znacznie to utrudniały.

Zgromadziła się tu najwyraźniej cała populacja żywogłazu, by nas przywitać; wszyscy dobrodusznie uśmiechnięci. Tu też poznaliśmy cudowne dziecko, noszące na głowie tiarę bardziej oślepiającą, niż diamenty – Gretorox.

Już wtedy powinnam była sobie przypomnieć, zorientować się; powinnam była zawsze pamiętać, że Obsydianie nigdy nie są dziećmi. Lecz gdy ta spokojna, ciekawaska dziewczynka podeszła i zaczęła z nami rozmawiać, gdy chciała zobaczyć moje włosy i gdy zaczęła się do mnie zwracać, jakbym była jej rodziną, w jakiś sposób wszelki niepokój zniknął. Fir również nie wyglądał na niespokojnego.
Zostaliśmy ugoszczeni w pokoju jednego z obsydian. Jedno łoże w środku pokoju wzbudziło iskierkę grozy, która jednak została zepchnięta na dalszy plan – na czymś takim mogłoby pomieścić się dziesięć elfów i jeszcze mieć sporo miejsca. Bardziej niepokojąca, niż samo wnętrze, była rozmowa z Nabuchodonozorem – był zaskoczony na wieść o końcu Pogromu tak szczerze, że nie wątpiłam, iż mówi prawdę.

Przez jakiś czas byliśmy sami, i były to początki coraz straszniejszych wydarzeń; zaczęłam się czuć bardzo dziwnie. Coś w tym pokoju niepokoiło, jednak próżno by szukać źródła. Nagle kątem oka dostrzegłam, jak Firavandel chowa coś do torby, coś, co przez ułamek sekundy błysnęło jasno; niespodziewanie zagotowała się we mnie wściekłość. Padło wiele oskarżeń i ostrych słów, najgorszym jednak było, gdy oboje pozbyliśmy się zawartości swych plecaków na łoże. Owszem, w plecaku Firavandela znalazła się, dziwnym trafem, kryształowa statuetka, taka, jakich wiele było w tym pokoju; co bardziej niepokojące, taka sama wypadła z mojego bagażu – a przysięgam na to, co święte, moja ręka ani na chwilę nie spoczęła na niej przedtem.

Choć porzuciliśmy swoje kłótnie w tym właśnie momencie, gdy Nabuchodonozor wbiegł prosząc nas o pomoc, oboje równie zaszokowani odkryciem, nieufność, która między nami narosła, dało się niemal fizycznie wyczuć. Co gorsza, Nabuchodnozor potrzebował naszej pomocy w walce w jednym z bocznych korytarzy – a nie była to byle potyczka; zmierzyliśmy się z ogromnymi, kryształowymi pająkami a potem jeszcze większą pajęczycą-matką. Na samą myśl dostaję mdłości; dziwię się niemal, że wyszłam z tej bitwy bez szwanku, choć był moment, w którym wpadłam w stan bliski histerii.
Niestety, Fir nie miał tyle szczęścia; został poważnie ranny, a my nigdy byśmy nie wyszli z tej groty, gdyby nie Gretorox, która nas odnalazła i przyprowadziła obsydian na pomoc. Gdy Firavandel był niesiony do uzdrowicielki, Nabuchodonozor powiedział, iż pójdzie poszukać przywódczyni, Lary; moje serce zabiło szybciej, lecz szybko odepchnęłam skojarzenie. Popędziłam za rannym elfem by upewnić się, że wszystko będzie z nim w porządku; gdybym miała zostać sama, niechybnie bym oszalała. Uzdrowicielka zapewniła, że wszystko będzie w najlepszym porządku, jednak gdy zniknęła, dało się słyszeć dziwne głosy; Fir był wciąż nieprzytomny. Nie wiedziałam już, czy to głosy zza ściany, czy może wariuję, a serce podskoczyło mi do gardła, gdy odkryłam tak dobrze znane mi imię uzdrowicielki – i skądninąd imię męskie – Vatte.

Uciekłam stamtąd niemal w ataku paniki; takie zbiegi okoliczności nie zdarzają się – a mając niejakie doświadczenie z iluzją czułam już, że jesteśmy uwięzieni w sposób zupełni inny, niż sądziliśmy. Oględziny ‘naszego’ pokoju nie pomogły; bezimienne kryształowe meble, książki bez słów, puste szuflady i jakby… sugestia… znajomego mi skądinąd pierścienia.
W tym momencie przyszedł mi do głowy kolejny pomysł, i zerknęłam na pierścionki szczęśliwie wciąż wiszące mi na szyi, z przerażeniem i pewną rezygnacją odnotowując, że mają zupełnie inne kolory, niż pierścienie, które znam tak dobrze. Wtedy też Nabuchodonozor wpadł do pokoju po raz kolejny, wyraźnie spanikowany; w wiosce wybuchł pożar.

Jak pożar mógł wybuchnąć w wiosce z kryształu? Nie mam pojęcia. Ach, bezcelowe pytanie.
Na zewnątrz obsydianie zaczęli się zbierać na głównym placu; podczas, gdy Nabuchodonozor pobiegł po Larę, ja pognałam upewnić się, że Firavandelowi nic się nie stało. Na szczęście, budynek uzdrowicielki był nadal daleko od ognia – niestety, Fir był nadal nieprzytomny, zaś ona nie chciała przyjąć do wiadomości, że na zewnątrz dzieje się coś złego; usilnie starała się mnie spacyfikować. Dopiero Nabuchodonozor przekonał ją, że wioska się pali, i dzięki Pasjom, wtedy też wreszcie ocknął się Firavandel; w końcu udało nam się wydostać z przeklętego budynku, powoli, ale skutecznie. Kolejny cios nadszedł, gdy zapłakana Gretorox oznajmiła, że Lara nie żyje. Obsydianie na placu nadal stali w swoich miejscach, jakby zupełnie nic się nie działo – bez ruchu, bez wyrazów twarzy. Co sił pognaliśmy za zawodzącym dzieckiem, przeklętym dzieckiem; w domu Lara leżała na środku bez życia. Dziewczynka pochyliła się nad nią i zaczęła płakać; Nabuchodonozor nie wiedział chyba, co robić. Stopniowo meble zaczęły znikać, a skóra Lary i obecnych obsydian – poza Nabuchodonozorem, z jakiegoś powodu – zaczęła czernieć na wzór agresywnych potworów, z którymi już walczyliśmy. Gretorox płakała coraz głośniej, coraz dziwniej; w przerażeniu wycofaliśmy się wszyscy na plac, gdzie inni obsydianie też wyraźnie zmienili koloryt. Wkrótce, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, Lara powstała i wyszła w naszą stronę; wszyscy obsydianie patrzyli na naszą trójkę – mnie, Fira i Nabuchodonozora – jednak nie wykonywali żadnych ruchów, żadnych ataków. W całej tej niepewności ktoś spróbował zaatakować otaczających obsydian; każdy ruch nagle zaczął sprawiać problem jeszcze większy, niż jeszcze niedawno podczas bagnistej przeprawy; moje kończyny dziwnie mrowiły. Nie zdążyliśmy jednak nawet drasnąć obsydian, gdyż nagle – zupełnie niespodziewanie – wszystko znów zaczęło się walić.
Później wszystko działo się coraz szybciej i szybciej; Gretorox uciekająca do jednej z bocznych chat i płacząca przeraźliwie w reakcji na oskarżenia; w środku niespodziewane odnalezienie pierścienia Kelrona, który bez wahania wsadziłam sobie na palec, a który wydawał się tak bardzo realny. Płacz Gretorox nagle zamienił się w zawodzący, przeraźliwy, nienaturalny śmiech, a dach zaczął walić się nam na głowy. Każdy z nas próbował ją ranić; jak się okazuje, dopiero gdy ja podniosłam sztylet – obsydiański sztylet, który Kelron zabrał z Lang – udało mi się przełamać urok i ranić przeklęte dziecko. Jej tiara napęczniała, urosła do niesamowitych rozmiarów, i nagle, zamieniwszy się w coś bezkształtnego, uleciała w przestrzeń.

Dookoła słychać było uderzenia, dźwięki, słowa; wszystko zaczęło gasnąć.

Gdy znów się obudziliśmy, ja i Firavandel, leżeliśmy na ziemi wewnątrz żywogłazu, nasze kończyny przytwierdzone do kryształu czymś zimnym i szklistym; z trudem uwolniliśmy się z więzów. Tuż obok odnaleźliśmy Kelrona – dzięki Garlen, żywego; wspólnie wyciągnęliśmy go na powierzchnię, chcąc jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce. Gdy nasze spojrzenia się spotkały wiem, że oboje rozumieliśmy, co dokładnie się stało, jednak nie chciałam o tym myśleć, nie teraz, tak krótko po uniknięciu śmierci; nie rozmawialiśmy też o tym. W jakiś sposób utworzyło to między nami dziwną więź, ale też nie wiem, co powinnam o tym myśleć.

Tuż przy wyjściu, wzdłuż ścian żywogłazu, zauważyliśmy wciąż drzemiących obsydian, także Nabuchodonozora i Gretorox; mam nadzieję, że kiedyś, całkiem niedługo, będą mogli nieskażeni obudzić się ze swego snu.

Wkrótce po wyjściu obudził się Kelron. Nie wydawał się być ranny, jedynie lekko oszołomiony. Zdawało się, że gdy się przebudził, w jego oczach zagościł złowrogi, czerwony blask; wolę jednak wierzyć, że była to tylko gra światła i mój umysł odgrywający się na mnie.

W drodze powrotnej do Lang nic już nam nie przeszkodziło; bagno wyschło. Spędziliśmy w wiosce kolejną noc, dzięki czemu w ogóle jestem teraz w stanie pisać te słowa. Łódź kołysze łagodnie, a ja znów mam ochotę zdrzemnąć się; boję się jednak, że koszmar horrora powróci.

Comments

Kosmit

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.