Protektorzy

Raport 4/1Rua/1509

Jeszcze nie zdążył opaść kurz po bitwie, a Leldrin przystąpił do leczenia Denarosa jakąś nieznaną, płynną substancją. Następnie nasz ranny kompan został odprowadzony przez nas na powierzchnię i na prowizorycznych noszach odtransportowany do karczmy Kaldara.

W końcu mogliśmy odpocząć, spokojnie przespać noc, a nad ranem zjeść porządne śniadanie. W trakcie posiłku do karczmy przybył Joran i poinformował nas o postępach w przesłuchaniu Angiusa. Zdążyli dowiedzieć się, że to nie Angius stał na czele kultu. A miałem nadzieję, że przynajmniej jeden z koszmarów Kaeru będzie skończony. Cóż trzeba walczyć dalej.

Dzięki pomocy Leldrina Denaros powoli dochodził do siebie. Z zadań na posterunku i innych „tajnych” misji mieliśmy masę wolnego czasu na trening. Po powrocie do Okoros kolejne dni spędziłem na szkoleniu większości swoich talentów. Natomiast następny tydzień minął na służbie w straży w celu zasilenia sakwy, która coraz ciszej brzęczała.

Wraz z końcem własnych zajęć przyszedł czas na wyprawę Mistrzów. Zanim to jednak nastąpiło mieliśmy cały dzień na przygotowania ekwipunku mistrzów.

Nadeszła wyczekiwana chwila, wielki dzień. Rankiem po przygotowaniach niemal wszyscy mieszkańcy Kaeru ruszyli w pochodzie odprowadzającym Mistrzów. Przed bramą Joran wygłosił kwiecistą mowę pożegnalną, a Rada Magów rozpoczęła rytuał otwierania bramy. Runy zaczęły blednąć, wewnętrzne drzwi rozwarły się. Mistrzowie odebrali od nas swój ekwipunek i ruszyli do komnaty ozdobionej runami by badać nieznane.

Wraz z zamknięciem drzwi i ponownym nałożeniem run, cała atmosfera prysła. Wszyscy rozeszli się jakby wydarzenia poprzednich godzin nie miały miejsca. Ale podejrzewałem, że działo się tak, ponieważ ekspedycja rodziła w nas nadzieję na lepsze jutro i za wszelką cenę chcieliśmy ją chronić w sobie, ślepo licząc na spełnienie marzeń.

Z zamyślenia wydarł mnie Kaldar swoim zaproszeniem do swojej karczmy. Po przybyciu gospodarz ugościł nas wytworna kolacją, a następnego ranka wyśmienitym śniadaniem. Miałem wrażenie, że wszystkie te uprzejmości mają odwrócić naszą uwagę od czegoś. Ale od czego i komu mogło na tym zależeć? Czy Keldar był tylko marionetką w rękach kogoś potężniejszego?

Wieczorem została wyprawiona kolacja na cześć mistrzów. Nie minęła doba, a oni już czcili ich jak bohaterów, którzy nie mieli wrócić. Uczta była przeznaczona dla wszystkich mieszkańców. Jak spostrzegliśmy przybyły również badziej szanowane osobistości. Choćby mistrzyni ksenomantów Gandiun (córka ksenomanty, który badał Dunara, towarzysza Leldrina, ojca Eldara), członkini Rady Magów. W trakcie rozmowy z nią okazało się, że ma dla nas kolejną misję. Mieliśmy udać się z nią do karczmy Młot Upandala w Okoros. Co ciekawe, mistrzyni nadała misji status: sprawa życia i śmierci, a ja miałem wrażenie, że bardzie śmierci, dokładnie naszej. Ale cóż mogliśmy robić, wszak czekaliśmy na jakieś przygody. Po przybyciu do karczmy, która okazała się być sklepem z narzędziami, powiadomiliśmy „karczmarza”, orka Hargga, o celu naszego przybycia. On zaprowadził nas na tył sklepu i pokazał klapę w podłodze, wejście do tunelu. Zaryzykowaliśmy i na końcu tunelu spotkaliśmy dwóch strażników: Gizwalda (krasnolud) i Jussa (człowiek). Wszystko zaczęło mi się coraz mniej podobać, bo nawet straż, której przez lata byłem oddany miała przede mną tajemnice. Nie ufali mi…

Zostaliśmy wprowadzeni do małego pomieszczenia, wyposażonego jedynie w stół, w którym czekał Joran. Wytłumaczył nam, że do tej pory nie otrzymali żadnej wieści od mistrzów, co miało być możliwe dzięki urządzeniu komunikacyjnemu. Zostaliśmy wybrani jako ekspedycja ratunkowa. Joran twierdził, że tylko nam może zaufać, a jakiś głos w mojej głowie podpowiadał mi, że z nas może zrobić kozły ofiarne. Nawet zacząłem w to wierzyć, ale podjęliśmy się zadania. Ja osobiście nie dla Jorana, ani Kaeru, ale dla mistrzów. W końcu ich życie mogło być zagrożone, o ile nie skończone. Przed wyruszeniem zaproponowano nam szeroki wachlarz ekwipunku. Wybraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i po odpoczynku w domu Denarosa zostaliśmy potajemnie odprowadzeni do wejścia do Kaeru. Wprowadzono nas do tego samego pomieszczenia, które widzieliśmy, gdy na ekspedycję wyruszyli mistrzowie. Pokój od góry do dołu zapisany był runami. Jedyną szansą na wyjście było wypowiedzenie słów: FECH THARK BERAM. Podczas pierwszej próby prawie zostaliśmy usmażeni żywcem przez mój język tak bardzo odzwyczajony od używania starej mowy. Druga próba pozwala nam wydostać się do jaskiń. Z dala słychać szum rzeki. Na drzwiach za nami dostrzegamy kulę, która miała być urządzeniem komunikacyjnym. Była całkowicie zniszczona. Nie było drogi powrotnej. Mistrzów też nie było widać. Pozostało nam tylko ruszyć przed siebie z zapaloną pochodnią, w nadziei na znalezienie jakiegoś wyjścia i przeżycie. Włócząc się po obcych korytarzach i grotach, zmagając się z cieniopłaszczkami i potężną pułapką na Horrory. Odczuwając bolesne skutki spotkania z ową pułapką oraz wyczerpanie udało nam się dotrzeć do opuszczonych korytarzy kopalni. Jednym z szybów weszliśmy na wyższy poziom. Otwarcie znajdujących się tam drzwi narobiło wiele huku, jakby metalowy blok spadł ze szczytu góry. Jak się później okazało usłyszany przez nas łomot zwiastował opadnięcie potężnej kraty w następnej grocie, za która w oddali blado odbijał się blask, a wszędzie rozchodził się zapach jakiego nie mogliśmy poczuć w Kaerze. Zapach świeżego powietrza ogrzanego w promieniach słońca. Tak bliscy, a jednak tak dalecy od wolności. Tej upragnionej…

Comments

Kosmit

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.