Protektorzy

Raport 5/3Rua/1509

Po zbadaniu konstrukcji kraty przez Denarosa okazało się, że to nie jej trwałość i brak możliwości sforsowania są zaskakujące po tylu latach. Jej mechanizm cały czas był konserwowany. Dalsze oględziny przerwało pojawienie się po drugiej stronie zapory wielkiego cienia. Monstrum poruszało się na czterech nogach, było dość włochate, większe od niedźwiedzia. Z obawy, że krata nie powstrzyma go w razie chęci zaatakowania nas, zgasiliśmy pochodnię i udaliśmy się w głąb jaskini. Odnaleźliśmy jeszcze jeden korytarz całkowicie zawalony drewnem. Teraz mieliśmy dwa wyjścia: przekopać się przez ten korytarz licząc, ze gdzieś prowadzi lub wrócić i zbadać pozostałe szyby. Zdecydowaliśmy się zbadać korytarz, przy którym staliśmy.

Odwalałem kolejne gałęzie i pieńki, podczas gdy Kelron i Denaros torowali przejście za mną. W końcu udało się odkopać otwór, przez który jeszcze wyraźniej czuć było woń powietrza. Ale wraz z przyjemnym zapachem do mych uszu dobiegł niepokojący trzepot skrzydeł i nie były to wcale cieniopłaszczki. Denaros dzięki termowizji dostrzegł, że cały sufit następnego pomieszczenia jest ciepły i ruchomy. Przyszedł czas na decyzję, bo po drugiej stronie pomieszczenia ulokowany był świetlisty otwór. W jej podjęciu pomogły nam głosy przy kracie. Ktoś wiedział, że tu jesteśmy i miał zamiar się do nas dostać. Odgarnęliśmy ostatnie drwa i najciszej jak to możliwe przyparci do ściany posuwaliśmy się w stronę otworu.

Wyjrzawszy przez niego nie mogłem uwierzyć zmysłom. Powiew wiatru na twarzy, błękitne niebo, tysiące zapachów i ta nieograniczona przestrzeń. Cała rozkosz została zakłócona przez Kelrona, który wypchnął mnie przez otwór i twarzą wylądowałem w miękkim wilgotnym mchu.

Tyle lat żyliśmy w Kaerze, nie wiedząc, że świat zaczyna odzyskiwać swą witalność. Ile mogło być tych straconych lat? Nie czas był na rozterki, musieliśmy dowiedzieć się, co się stało z mistrzami. Ale w którą stronę ruszyć? Rozmyślenia przerwał ruch w krzakach. Kelron wyciągnął miecz, ale przed atakiem krzyknął: „Kto tam jest?” . Z pobliskiego krzewu wysunął się łepek i skrzydełka wietrzniaka. Patrząc na nas przerażona i słuchając tego, co mówimy o wyjściu z Kaeru musiała się nieźle wystraszyć, bo czym prędzej uciekła w drzewa. Ale po krótkiej obserwacji postanowiła nam zaufać i zabrała nas do miasta. Po przekonaniu strażnika za niewielką opłatą zostaliśmy wpuszczeni za mury.

To niesamowite! Ile lat zajęło stworzenie takich cudów? Gigantyczna infrastruktura, bogate trakty i jeszcze bogatsze domy. Przepych przyprawiał o omdlenie.

Po dotarciu do domu Shaiayi, naszej przewodniczki, wykonanego ze szczerego złota, zostaliśmy wprowadzeni na salony, gdzie inne wietrzniaki zaczęły opatrywać nasze rany. Z opowieści Shaiayi wynikło, że miasto powstało całe pół wieku temu! Usłyszeliśmy, że założycielami jest czwórka kupców o imionach członków pierwszej ekspedycji z Kaeru. Jak się okazało, przypomniałem sobie o tym za późno. Dowiedziawszy się, że nikt nie słyszał o nieodkrytym Kaerze w górach musieliśmy udać się do Rady Miasta.

Następnego dnia w nowych szatach od Shaiayi udaliśmy się do Domu Rady. Wielkim zaskoczeniem było to, że bez wyjaśnienia celu przybycia na progu zostaliśmy otoczeni przez straż, a chwilę potem wtrąceni do celi. Jedynym pocieszeniem było odnalezienie naszych mistrzów – wycieńczonych, torturowanych i przykutych, ale wciąż żywych. Zdążyli tylko powiedzieć o mistyfikacji pierwszej wyprawy i o tym, że widzieli Leldrina w mieście. Zaraz po tym usłyszeliśmy odgłosy zamieszania na górze, a w następnej chwili dwóch ludzi wydostało nas z celi i w mgnieniu oka uciekaliśmy ulicą przed oddziałem straży.

Gubiąc trop trafiliśmy do jakiegoś sklepu. Był z nami tylko jeden z naszych wybawców. Drugi został trafiony strzałą strażnika. Nieznajomy okazał się być złodziejem Titoo. Spec od szemranych sprawek i fanatyk jabłek. Okazało się, że odzyskanie przez nas wolności było tylko przypadkiem, bo Titoo chciał dostać się do czwartego więźnia, którym był krasnoludzki kupiec Grankar, uwięziony tak jak cała reszta, w tym również my, za uprawianie niewolnictwa, co było całkowitą niedorzecznością. W trakcie rozmowy ze złodziejaszkiem wynikło, że takie metody miasta podjmuje w stosunku do każdego, kto interesuje się kopalniami lub Kaerem w górze za miastem. Musieliśmy dowiedzieć się, dlaczego miastu na tym zależy. Pierwsze i jedyne poszlaki prowadziły do kopalni. Titoo zdobył dla nas broń, a dzięki małej dywersji pozyskaliśmy umundurowanie Trzeciej Kompanii. W czasie, gdy nas miało nie być Titoo miał dowiedzieć się co stało się z mapami Grankara.

Dzięki kamuflażowi bez problemu opuściliśmy miasto i pod przewodnictwem Shaiayi dotarliśmy do wejścia do kopalni. Oczywiście czekał tam na nas ten potwór, który z informacji od Titoo miał być brytanem, a jedyna trudność polegała na pokonaniu go i udowodnieniu dominacji na jego terenie, by móc dostać się do kopalni. Problem był w tym, który z nas miał się tego podjąć. Zanim decyzja zapadła, bestia wyczuła naszą obecność, a nieszczęsny wybór padł na Kelrona. Nasz towarzysz w trakcie walki zachowywał się jakby zapomniał, że jest fechmistrzem. Próbując prostych sztuczek tylko rozwścieczył zwierzę. Zanim wkroczyliśmy z Denarosem, korpus zbroi i skóra Kelrona pod nim zostały przeorane pazurami bestii. Teraz musieliśmy walczyć do końca, bo większa liczba przeciwników zmuszała brytana do stoczenia boju na śmierć i życie.

Denaros zaszedł bestię od tyłu i ciął ją mieczem, a ja stojąc na skraju polany ostrzeliwałem zwierzę. Kelron zemdlał w trakcie walki. Jedna z moich strzał chybiła o włos, ale następna dzięki skrupulatnemu wycelowaniu i koncentracji przebiła cielsko zwierza na wylot. W tym momencie brytan wydał ostatnie tchnienie. Ale na horyzoncie pojawiły się nowe problemy. Znikąd nadleciała salwa strzał trafiając Denarosa, Shaiayę i mnie. Wrogów nie było widać, ale ze sposóbu walki i ilości wypuszczonych strzał mogłem wnioskować, zę jesteśmy atakowani przez szóstkę elfów, z czego jeden posługuje się jakimś innym łukiem. Denaros dzięki termowizji wyszukał w lesie elfy i rzucił się na nie. Shaiaya starała się ocucić Kelrona, a ja wbiegłem w las szukając jakiegoś celu. Długo nie musiałem szukać bo jeden ze strzelców pojawił się po mojej lewej stronie. Zaskoczony, ale trzeźwy na umyśle sięgnąłem po miecz i ciąłem go od biodra przez tors. Toczyliśmy potyczkę i dzięki zaklęciu Shaiayi elf padł. Próbował jeszcze okulawić mnie ukrytym sztyletem, ale kopniakiem wysłałem go do krainy snów. Następnie widząc jak pozostałe elfy ustawiły się w równą kolumnę, na końcu której stał prawdopodobnie ich przywódca, postanowiłem wykorzystać okazję. Dobywszy łuku czułem jak moc rozgrzewa grot do czerwoności. Uwolniwszy strzałę słyszałem jak swobodnie mknie przez cztery barki nie zważając na krzyki ich właścicieli i ostatecznie dosięgając mojego celu, przygwożdżając go za bark do pnia drzewa. Nie tracąc czasu wykonałem półobrót widząc, że mimo bólu dwa elfy rzuciły się na Kelrona, który dopiero co odzyskał przytomność i wypuszczam strzałę wprost w jednego z napastników, który pchnięty impetem strzały przewraca się na swojego kompana. Nie zauważyłem kiedy przywódca oswobodził się i zaczął uciekać. Wiedziałem, że pościg Denarosa nie osiągnie większego sukcesu, więc zaparłszy nogi o stabilny grunt i wykorzystawszy resztki adrenaliny wypuściłem strzałę, której powodzenie było bardziej niż pewne. Nie myliłem się. Późniejsze oględziny dowiodły, że strzała idealnie wpasowała się między kości i roztrzaskała staw kolanowy. Ale to nie był koniec. Rzuciłem tylko okiem na poczynania Kelrona, który wraz z ocuceniem odzyskał dawne umiejętności. Ale wtem ciszę lasu rozdarł krzyk Denarosa, który został zaskoczony przez kolejnego elfa. Napastnik bezlitośnie nadział go na swój miecz, Mimo, że zmęczenie dawało o sobie znać, do mięśni napłynęły nowe pokłady siły, a czysta furia zawładnęła łukiem i napięła strzałę. Miałem wrażenie, że tracę kontrolę choć każdy mięsień był mi posłuszny. Obracająca się strzała poszybowała między pniami, sprawiając, że liście na jej drodze umykały przed nią. Dopadłszy celu roztrzaskała jego głowę na kawałeczki i zatrzymała się dopiero w pniu drzewa, gdzie jej promień wibrował jeszcze wytracając energię.

Walka była skończona, bo Kelron zmiażdżył swoich dwóch przeciwników, a jeden z elfów zginął od niecelnych strzałów swoich towarzyszy. Przyszedł czas na przesłuchanie ostatniego przytomnego – ich przywódcy.

Z racji tego, że metody konwersacji Kelrona nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, musiałem uciec się do bardziej sadystycznych sposobów wyciągania informacji. Wijąc się z bólu, jaki odczuwał podczas cięcia moim sztyletem nogi wzdłuż kości udowej, wymknęło mu się, że był opłacony przez władców gór, a za pilnowaniem kopalni stał Zakon. Informacje te niewiele nam mówiły, ale pozwoliły na wykonanie kolejnego kroku. Dobiwszy elfa zbadaliśmy jaskinię, w której nic nie znaleźliśmy.

W drodze powrotnej do miasta postanowiliśmy okraść jakąś karawanę, by dostać się za mury. Próba zostawienia nieprzytomnej Shaiayi na drodze nie powiodła się. Dopiero na widok rannego Kelrona, krasnoludzki kupiec zatrzymał się. Chcąc uleczyć naszego kompana na tyle wozu, przywołał dwóch krasnoludzkich ochroniarzy z toporami. Kelron wziął kupca za zakładnika i nie wiedząc, dlaczego poderżnął mu gardło. Musieliśmy go ratować. Jednego z ochroniarzy okulawiłem strzałą, a drugi został ogłuszony przez Denarosa. Związaliśmy i zakneblowaliśmy ochroniarzy i niepotrzebnie zapakowaliśmy zwłoki kupca na wóz, by zaraz porzucić je w lesie. Denaros przebrany za kupca powoził.

Przy bramie miasta myśleliśmy, że już po nas, ale strażnicy mieli inne zajęcia i nas przepuścili. Po dotarciu do sklepu Grankara Titoo zajął się utylizacją wozu, a my obmyślaliśmy dalsze plany. Doszliśmy do wniosku, że cała Rada miasta musi być zamieszana w utrzymywanie Kaeru w sekrecie, a także pojawienia się Leldrina w mieście nie jest przypadkowe.

Następnego dnia mieliśmy ruszyć na ratunek mistrzom i odnaleźć sekretne wejście do Kaeru, którego istnienie podejrzewał Titoo. Naszą obstawą mieli być znajomi Titoo: t’skrang fechmistrz Vuschuwusul należący do Gwiezdnych Ostrzy i obsydianin wojownik Ceadrus z gildii kupieckiej Omasu. Również pojmani krasnoludzi zgodzili się za wysokie wynagrodzenie dołączyć do akcji.

Rankiem podjechaliśmy wozem pod Dom Rady i zanim jeszcze wóz się zatrzymał miałem zastrzelić poborcę podatków, który mógł sprawiać problemy. Był to jeden z nielicznych pokazów moich umiejętności, w którym bardziej niż na siebie musiałem liczyć na szczęście. Okno było otwarte, a pęd wozu wprawił w ruch zasłonę. Musiałem to zrobić raz, a dobrze. Jak tylko rąbek materiału się uchylił i ukazał mi oparcie krzesła, a za nim zapracowanego człowieka. Strzała poleciała, zasłona znów opadła i słychać było jak poborca przybija ostatni dokument w swoim życiu… swoim czołem.

To jeszcze nie był koniec mojej roli. Zostawiłem łuk i razem z pozornie skrępowanymi krasnoludami weszliśmy pewnie do budynku. Zebranym strażnikom rzuciłem przelotne: „Aresztowani za niewolnictwo”. Zorientowali się, że coś jest nie tak, ale za późno. Krasnoludy były szybsze. Sztylety poleciały prosto w twarze zdezorientowanych elfów. Przybili nasi pozostali towarzysze i razem udaliśmy się do cel. W przelocie dostrzegłem moją strzałę sterczącą z tylnej części głowy poborcy.

Na dole był tylko jeden strażnik, który momentalnie został powalony przez Denarosa. Titoo szybko otworzył drzwi do skarbca, zaś Denaros zajął się zamkiem do celi mistrzów. Po wprowadzeniu rannych do skarbca, krasnoludy zabarykadowały drzwi, gdyż z góry dochodziły odgłosy organizujących się oddziałów straży. Zabraliśmy swoje rzeczy leżące na stosie zarekwirowane z domu Shaiayi, a dzięki spostrzegawczości Denarosa odkryliśmy drzwi do kolejnego pomieszczenia. Wcześniej jednak straże próbowały wywarzyć zamknięte drzwi, a ja usłyszałem głos, uznanego do dziś za zmarłego, Argentiela. W pokoju stał ołtarz Raggoka, oszalałej po Pogromie Pasji. Tym razem Kelron wykazał się sprytem i znalazł tajemny tunel.
W płapkach zginął jeden z krasnoludów, ale zdolności Denarosa pozwoliły mu przeprowadzić nas bezpiecznie do kopalni w Otchłani w Kaerze. Bez zastanowienia pobiegliśmy do Okoros. Gdy tłum zobaczył nas, mistrzów i obcych nie chciał uwierzyć w naszą pradwę. Zaczął nas atakować. Próbowaliśmy przedrzeć się do Hali Rady. Bezskutecznie. Wtem przypomnieliśmy sobie o tajnym tunelu w sklepie Harga. Przeprowadziłem do niego drużynę i bez zbędnych wyjaśnień zeszliśmy do tunelu. W Hali natknęliśmy się na Gandjoon, która nie mogąc uwierzyć w nasze słowa, pobiegła po Jordana. Po wytłumaczeniu Jordanowi wszystkiego, postanowił zorganizować nagłe zebranie Rady jako bylibyśmy skarżeni przez Horrora. Dla zachowania pozorów mieliśmy być niby skuci do krzeseł z bronią za plecami.

Zebranie członków zajęło jakiś czas, a gdy wszystko było gotowe Joran wygłosił mowę mającą zdemaskować machlojstwa Leldrina. Zmuszając go do wyjaśnień, Joran oddalił się z Sali. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że stojący tu Leldrin tak naprawdę jest iluzją nałożoną na prawdziwego Jorana. Z Kelronem pognaliśmy za prawdziwym zdrającą. Wybiegliśmy przed drzwi frontowe Domu Rady dostrzegliśmy tylko skraj białej szaty ginącej w tłumie. Pokazałem to miejsce Kelronowi i ruszyliśmy w zgromadzenie, ale ludzie zaczęli nas otaczać ograniczając pole manewru. Na dokładkę za nami wybiegli członkowie Rady oskarżając nas o zdradę. I żeby nie było za mało wciąż szalały w tłumie dziwne potwory, które widzieliśmy wcześniej. Nie pozostało nam nic innego jak postawić wszystko na jedną kartę i w jakiś sposób zdemaskować iluzję na Joranie. Sprawa szybko wyjaśniła się sama, bo iluzja, tak jak potwory, zniknęła, a wszyscy zaczęli pytać, co się stało.

Po długich wyjaśnieniach i planach Rada postanowiła wyjść z Kaeru i pozwolić osiedlić się jego mieszkańcom poza nim. Jak się okazało, miasto Ardanyan zostało opuszczone przez jego Radę oraz większość elfów. Zaczęło się osiedlanie i świętowanie. Nas ogłoszono Protektora mi Ardanyan, a w nagrodę za zasługi otrzymaliśmy dom w dzielnicy Hangside. Wreszcie mogliśmy odpocząć.

Spotkałem się z moją Brygadą, która pod moją nieobecność dzielnie stała na straży pokoju w Okoros. Na pytanie o ich dalsze plany nie potrafili odpowiedzieć, bo wyjście z kaeru było tak zaskakujące i nagłe.

Pewnej nocy, gdy już zasypiałem pojawiła się nade mna odziana w biel postać ze sztyletem przy mojej krtani. Nie czekając na jej kolejny ruch wbiłem jej w splot słoneczny ukryty sztylet. Widok twarzy napastnika był najstraszniejszym widokiem w moim życiu. To była moja matka. Zdążyła tylko prosić mnie o ratowanie ojca i pożegnać słowami: „Zakon… Krzyż Ardayan…”. A ja siedziałem oniemiały i zszokowany…

Comments

Kosmit

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.